„Musisz się Polaczku wykrwawić!” – rozmowa Piotra Słomskiego z Mieczysławem Kuziorą naocznym świadkiem ludobójstwa na Wołyniu
11 lipca przypada Narodowy Dzień Pamięci o Polakach – Ofiarach Ludobójstwa dokonanego przez OUN i UPA na ziemiach wschodnich II Rzeczypospolitej Polskiej. W związku z tym niżej przypominamy artykuł autorstwa Piotra Słomskiego, który ukazał się w 2013 roku na łamach mediów lokalnych (Dziennik Stargardzki, Dziennik Goleniowski, Dziennik Nowogardzki, 7 Dni Gryfina i Nowy Tygodnik Łobeski)) a także mediach ogólnopolskich m.in. www.wirtualnapolska.pl oraz TK Niedziela, oparty na relacjach świadka ukraińskiego ludobójstwa pana Mieczysława Kuziory, po przyjeździe na pomorze zachodnie mieszkańca Kościuszek powiat goleniowski.
„Musisz się Polaczku wykrwawić!”
W tym roku obchodzimy osiemdziesiątą trzecią rocznicę rzezi wołyńskiej, ludobójstwa dokonanego na Polakach przez powstańczą armię OUN-UPA przy współudziale ludności ukraińskiej. Zbrodnia trwała od lutego 1943 do lutego 1944 roku i pochłonęła ok. 200 tys. istnień ludzkich. Naocznym świadkiem tych wydarzeń był pan Mieczysław Kuziora, po przyjeździe na pomorze zachodnie mieszkaniec Kościuszek, w tamtym czasie miał 6 lat.

Mieczysław Kuziora pochodzi z miejscowości Łukowiec Wiśniowski w województwie stanisławowskim.
– Urodziłem się 24 września 1938 roku. Byłem najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa. Nasza wioska była bardzo duża, miała aż 900 numerów i 7 sklepów, była właściwie miasteczkiem. Do Lwowa trzeba było jechać 75 km, a do Stanisławowa 72. Mieliśmy 7 kilometrów do rzeki Dniestr, który trzeba było przemierzać promem. Latem na niebie było widać ośnieżone szczyty gór. A jak zima była ciężka to wilki podchodziły i wkradały się do zagród. – zaczyna swoją opowieść pan Mieczysław.
W tym miejscu warto wspomnieć historię rodziców pana Mieczysława. Ojciec Józef pochodził ze Stalowej Woli w woj. rzeszowskim, natomiast mama Helena mieszkała od urodzenia w miejscowości Douha na kresach wschodnich. Tak się złożyło, że obydwoje w 1913 roku wyemigrowali do USA i rozpoczęli pracę w Clifton-Passaic; Helena pracowała w husteczkarni, a Józef w różnych fabrykach. Tam pewnego dnia się poznali i postanowili się pobrać. Już jako małżeństwo z dwojgiem dzieci powrócili do Polski w 1921 roku. W oddalonym o ok. 20 k. od rodzinnej Douhy pani Heleny, miejscowości Łukowiec Wiśniowski, zakupili 18 mórg gruntu, na którym powstał dom i gospodarstwo. Tak więc życie państwa Kuziora przebiegało spokojnie przez niemal całe dwudziestolecie międzywojenne, w II Rzeczypospolitej.
– Rok przed moim urodzeniem do USA wyjechał jeden ze starszych braci Jan, gdyż nie chciał iść do wojska, tak więc ojciec postanowił mu pomóc. Sprzedał krowę i kilka świń i zakupił mu bilet do Ameryki – opowiada pan Mieczysław. – A poza tym, życie przebiegało raczej w spokoju. Wokół panowała atmosfera przyjaźni, mam tu na myśli stosunki między Polakami i Ukraińcami. – dodaje.
Wojenna nawałnica
Przyszedł w końcu pamiętny rok 1939, który przyniósł ze sobą tragedię II wojny światowej. Rodzina Kuziorów, tak jak inni Polacy znalazła się w potrzasku okupantów. Najpierw wkroczyli Niemcy, następnie Sowieci.
Konsekwencją paktu Ribbentrop – Mołotow było zajęcie 17 września 1939 wschodnich rubieży Rzeczpospolitej przez Sowietów, a także podpisanie 28 września 1939 roku pomiędzy Niemcami i ZSRR paktu o przyjaźni i granicach. Na jego mocy Wołyń został włączony do ZSRR. W przeciągu miesiąca Sowieci przeprowadzili sfingowane wybory do lokalnego Zgromadzenia Ludowego; zabieg ten miał dostarczyć legitymizacji rządom sowieckich okupantów na terenach polskich zajętych przez ZSRR.

27 października ogłoszona została oficjalnie aneksja Wołynia do Związku Radzieckiego. Sytuacja uległa zmianie dwa lata później, 22 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy zaatakowały ZSRR, a Wołyń został włączony do Komisariatu Rzeszy Ukraina. Na terenach zajętych Niemcy zaczęli eksterminować ludność żydowską. Ukraińcy tworzyli oddziały tzw. Policji pomocniczej, która pomagała Niemcom w wyszukiwaniu, transportowaniu oraz egzekucjach Żydów. Zdaje się, że to właśnie od hitlerowców Ukraińcy nauczyli się taktyki dokonywania masowych mordów. Jednakże naziści zaczęli w międzyczasie prowadzić bezwzględną politykę także wobec ludności ukraińskiej, poprzez rabunki i mordy. Ta sytuacja doprowadziła do prężnego organizowania się antyniemieckiej partyzantki na Wołyniu, czyli Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i oddziałów wojskowych w postaci Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) oraz pomniejszych oddziałów jak np. OUN B – rewolucjoniści, banderowcy. Wielu Ukraińców zdezerterowało również z szeregów wyżej wymienionej policji pomocniczej współpracującej z Niemcami. 1 marca oddziały UPA-OUN przystąpiły do tzw. Powstania zbrojnego przeciw Niemcom, których Ukraińcy uznali za tzw. wroga przejściowego, gdyż głównym wrogiem był ZSRR, który miał dopiero nadejść. Na początku jednak trzeba było pozbyć się ludności polskiej, która mogłaby stanowić element sporny przy określaniu przyszłego państwa ukraińskiego, jakie banderowcy chcieli stworzyć. Uznali, że Polacy, oraz inne grupy etniczne (Rosjanie, Żydzi, Ormianie) mogłyby im w tym przeszkodzić. Postanowili więc dokonać eksterminacji, czyli unicestwienia Polaków zamieszkałych w Małopolsce Wschodniej i Wołyniu, a więc na terenach, które mogły ze względu na zróżnicowane etniczne stać się spornymi przy ustalaniu granic po wojnie. Powyższe wydarzenia dały początek okrutnej zbrodni, jaka została dokonana na Polakach i o której szczegółach opowiada nam Mieczysław Kuziora.
Mała enklawa

Jeszcze przed rozpoczęciem działań mających na celu unicestwienie Polaków na Wołyniu i Małopolsce wschodniej, sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Miecz Demoklesa miał wkrótce spaść na głowy Polaków.
– Niektórzy Ukraińcy byli w stosunku do nas bardzo uprzejmi. Ostrzegali np. mojego wujka, brata mamy – Walenty, wyprowadzaj się! Ty jesteś takim dobrym Polakiem, nasi Ukraińcy będą was palić i mordować. Wujek, nie namyślając się wiele, przeprowadził się praktycznie z całym inwentarzem do nas. Miał m.in. dwa konie i trzy krowy. – wyjaśnia pan Mieczysław.
Wieś Łukowiec Wiśniowski, do której uciekł przed prześladowaniami ze strony UPA wujek pana Mieczysława, ze względu na swą liczebność i fakt, że zatrzymywali się tam i broń przechowywali Akowcy, była właściwie niedostępna dla band UPA, dla których atak na tę miejscowość wiązałby się ze zbyt dużym ryzykiem. Stąd Łukowiec powoli stawał się enklawą dla wielu rodzin, które zdecydowały się i zdążyły uciec z najbardziej zagrożonych miejsc.
– Nasz proboszcz, ksiądz Galik, jeździł po wsi na koniu, uzbrojony; był komendantem; młode chłopaki często chwytały u nas za broń w razie potrzeby. W Łukowcu robiło się coraz ciaśniej od uciekinierów, ale co ludzie mieli robić? Naprawdę to i tak ci, którym udało się do nas uciec, należeli do nielicznych, banderowcy byli dobrze zorganizowanymi zbrodniarzami, przed którymi ucieczka nie była łatwa, a dla wielu okazała się już wręcz niemożliwa. – wyjaśnia pan Mieczysław.
Każda pora dobra
W trakcie rzezi wołyńskiej porwania w biały dzień i zabijanie w lesie były na porządku dziennym. Mówi pan Mieczysław
– Pamiętam, że na wiosnę 1943 z nastawni, która zamykała drogę przed przejazdem pociągu, został uprowadzony i zamordowany mężczyzna o nazwisku Lepionka. Ciało najprawdopodobniej zostało spalone. W okolicy znajdował się również młyn, do którego gospodarze udawali się po mąkę. Z opowiadań ojca wiem, że tego dnia, w południe, pojechało tam siedmiu gospodarzy. Ukraińcy z końmi i wozem już tam na nich czekali. Przemocą zaciągnęli wszystkich na wóz i zabrali nie wiadomo dokąd. Słuch o nich zaginął. Również w dzień Ukraińcy potrafili np. wejść do kościoła i podczas mszy św. otworzyć ogień do modlących się ludzi. Wieczorem natomiast bardzo często widziano łuny okolicznych wsi, które były palone przez UPA –opowiada.
Z rozłupanymi głowami
Najbardziej w pamięci pana Mieczysława zapadł widok kilkunastu zmasakrowanych i powieszonych przez Ukraińców młodych mężczyzn.
– Było ich chyba jedenastu. Pojechali z Łukowca na sąsiednie wsie, aby wziąć z obór trochę słomy dla inwentarza. Kiedy przejeżdżali przez las nad jeziorem, nagle otoczyli ich Ukraińcy z siekierami. Powiązali ich i zaczęli rąbać im głowy na pół, tak jakby wbijali tasak w arbuza. Półżywych i skręconych w agonalnych konwulsjach powiesili na drzewach i odjechali. Zabici bestialsko mężczyźni zostali odnalezieni po kilku godzinach. Chłopi przywieźli na wozach ciała do wsi. Złożono ich w zbitych pośpiesznie trumnach, które następnie ułożono przy kostnicy obok kościoła. Poszedłem z mamą zobaczyć, jak ich chowali. Z każdej trumny płynęły strugi krwi, tworząc na spadzie terenu szkarłatne jeziorko. Ksiądz Galik był bardzo przejęty ich śmiercią. Przerażenie odczuwało się na każdym kroku. Do dziś mam przed oczami ten obraz – wspomina pan Mieczysław.
Spaleni żywcem
Do jednego z dramatycznych wydarzeń doszło w miejscowości Douha, skąd, jak wiemy, pochodziła mama pana Mieczysława. Prawdopodobnie mieszkało w niej sześć polskich rodzin.
– Był tam kościół i plebania. Ksiądz otrzymał od kogoś wiadomość, że banda UPA jest już blisko. Postanowił więc stawić im opór wraz z grupą 41 mieszkańców na plebanii. Była ona murowana. Proboszcz kazał obić okiennice i drzwi wejściowe blachą. Po krótkim czasie w budynku zebrali się już wszyscy mieszkańcy – dzieci, kobiety, młodzi mężczyźni i dziewczęta, a także starsi; wraz z księdzem 42 osoby. Ukraińcy najpierw podpalili wieś, następnie otoczyli plebanię. Rozpoczęli ostrzał, Polacy uzbrojeni w karabiny zaczęli się bronić. Kule świszczały złowrogo nad głowami zamkniętych na plebani i wystraszonych śmiertelnie kobiet i dzieci. Natomiast młodzi mężczyźni ryzykując utratę życia, odpierali ataki przez lekko uchylone i obite blachą okna. Ta wymiana ognia nie trwała długo. Kilku pachołków ukraińskich z całym impetem podbiegło do budynku, jak najbliżej się dało, oblewając ściany i uzbrojone blachą drzwi benzyną. Budynek w ciągu kilku sekund stanął w płomieniach, temperatura wewnątrz zaczęła rosnąć, a dym dusić broniących się jeszcze Polaków. Kiedy żar zrobił się nie do zniesienia, Polacy instynktownie otworzyli drzwi i okna chcąc uciec z płonącego budynku, na zewnątrz Ukraińcy mieli z nich już bardzo łatwy cel. Strzelali jak do kaczek. Kto nie zginął od strzału, spłonął żywcem. Na prawdziwy cud zakrawa fakt, że jedna osoba przeżyła ten atak. To był pewien młody mężczyzna; wyskoczył z okna i zawiesił się na kolanku od rynny; nie dawał znaku życiu. – Podech! – krzyknął do komendanta jeden z Ukraińców. Myśląc, że to trup, zostawili go w spokoju i odeszli – opowiada z przejęciem pan Mieczysław.
Nabite na płot
i poprzebijane widłami
Chyba do najbardziej wstrząsających opisów należą wymyślne sposoby zadawania śmierci przez Ukraińców dzieciom.
– Mama opowiadała mi, że doszło do takiego wydarzenia w Dousze. Dzieci bawiły się w piasku. Nagle Ukrainiec podszedł do nich, chwycił jedno z dzieci i nadział na ostrym końcu sztachety płotu. Dziecko zaczęło krzyczeć w niebo głosy i zanosić się z bólu a ten banderowiec stał i z diaboliczną satysfakcją się przyglądał. Coś strasznego. Podbiegła do niego jakaś Ukrainka i zaczęła zaklinać – Co ty robisz temu maluszkowi? Po niedługim czasie dziecko zmarło. Jeszcze inni Upowcy przebijali dzieci widłami. Nabijali je na nie jak snopek. Taka sytuacja miała miejsce trzy kilometry od Łukowca w Nowosielcach. Ok. 16 maluchów poszło kąpać się nad stawkiem. Miały po pięć, może sześć lat. Ukraińcy zaczaili się na nie jak wilki. Wyczekali moment, gdy dzieci znalazły się na polanie. Powychodzili ze zboża i ruszyli na nie. Gdy tylko znaleźli się przy wyjącej z przerażenia grupce, zaczęli kłuć bez opamiętania. Krew bryzgała im po twarzach. Kiedy przywieziono do wsi te zakłute na śmierć niebożęta, rozległ się lament. Nawet nie było czasu ich dłużej opłakać, trzeba było szybko pochować. Terror sięgał zenitu. – snuje budzącą przerażenie historię pan Mieczysław. – Wierzy mi pan? – pyta.
Zbiorowy gwałt
Podczas rzezi banderowcy nie znali żadnych granic, o czym można się przekonać choćby z dotychczasowych opisów. Realizowali po prostu wszystko, co rodziło się w odmętach ich mrocznych dusz.
– We wsi Równe, niedaleko Dołhy Ukraińcy złapali pewnego dnia dziewczynę. Była ładna. A ich było z piętnastu. Gwałcili ją długo i po kolei. Po czym półżywej podcięli gardło, żeby się wykrwawiła. – opowiada pan Mieczysław, tykając coraz intensywniej bolesnych zakamarków pamięci.
Wrzucanie do studni
Do praktyk uśmiercania należało również wrzucanie ludzi żywcem do studni. Tak działo się np. w miejscowości Podhale, oddalonej o ok. 7 km. od Łukowca, w którym zamieszkiwała rodzina Kuziorów.
– W tej wsi była posesja, z której wyprowadził się pewien Ukrainiec. Dołączył do swoich banderowców, bo miał obawy przed akcjami odwetowymi Polaków. Na podwórzu jego domu stała studnia; banderowcy zaczajali się w tym miejscu i ktokolwiek przejeżdżał, to go zaraz łapali i wrzucali do jej wnętrza. Zabijając w ten sposób co najmniej kilkadziesiąt osób. Zapełniali studnię do pewnego poziomu, a następnie wrzucali na ciała kamienie, żeby je zakryć. Przeważnie po jakimś czasie ktoś odwalał te kamienie dokonując makabrycznego odkrycia rozkładających się ciał. – Opowiada pan Mieczysław.
Ucinali piersi
Jedna z bardziej wymyślnych tortur polegała na złapaniu dziewczyny, ucięciu jej piersi sierpem i pozostawieniu żywej na miejscu w takim stanie.
– Było tak we wsi Podhale. Pewna dziewczyna poszła nazbierać jagód do lasu; tam ją złapali banderowcy, skrępowali i zadając niewyobrażalny ból, ucięli piersi, po czym natychmiast uciekli. Chwiejąc się na nogach jakoś przyszła do domu. Biedna, płakała i krzyczała – mamo, mamo już po moim życiu! Po kilkunastu godzinach umarła. – mówi Mieczysław Kuziora.
Żadnych granic…
…nie znało okrucieństwo Ukraińców. Przybijanie ludzi do drzwi, wrót lub bram należało również do repertuaru tortur zadawanych Polakom.
– Przybijali dzieci do drzwi czy bramy długimi kowalskimi gwoździami. Gdy to robili, to zwykle krzyczeli – Polaczku mówisz się żywcem wykrwawić! Raz w okolicach Dołhy uśmiercili w ten sposób 18-letniego chłopaka. Potrafili też przeciąć brzuch i wyrwać żywcem wnętrzności. – mówi pan Mieczysław.
W artykule na łamach polskatimes.pl wymienia się aż 362 metody tortur jak np. wyrzynanie na czole orła, obrzynanie warg, rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wyciąganie płodu oraz wrzucanie na to miejsce do środka szkła, rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrzątku. To tylko niektóre tortury. Jak widać, sadyzm Ukraińców

był niewyobrażalny. Banderowcy prześcigali się w wymyślności tortur.
Ultimatum
Wśród Polaków i Ukraińców dość często zdarzały się mieszane małżeństwa, co w trakcie rzezi często powodowało takie sytuacje – Ukraińca, który był żonaty z Polką, Upowcy, gromadząc się całą bandą na jego podwórzu, stawiali przed wyborem – albo zabije żonę i dzieci, albo sam zostanie zabity wraz z rodziną. Niepojęte, jaki to był pisk, jęk i krzyki, kiedy ojciec własnej żonie i dzieciom śmierć zadawał. A wielu było takich, którzy zamordowali. – opowiada pan Mieczysław.
Do dziś nie mogę pojąć dlaczego
W 1945 r. kiedy działania wojenne zakończyły się, rodzina Kuziorów opuściła na zawsze Wołyń i osiedliła się na Pomorzu Zachodnim.
– Po wojnie rodzice otrzymali akt nadania ziemi na Pomorzu, z kresów trzeba było uchodzić, bo tam już Związek Radziecki w najlepsze się urządzał. Za komuny o zbrodni wołyńskiej podobnie jak o Katyniu nikt nic nie mówił. Ludzie się bali. Do dziś wielu, którzy ocaleli, prześladuje pamięć o tamtych wydarzeniach, ale mówić trzeba zawsze, ku przestrodze dla potomnych, zwłaszcza przez fakt, że na Ukrainie zbrodniarze z UPA nadal są czczeni jak bohaterzy, a to nie byli bohaterzy, tylko okrutni mordercy. – kończy swą opowieść pan Mieczysław.
Piotr Słomski
Pamiętamy o Wołyniu

Na łamach Dziennika Stargardzkiego, Dziennika Nowogardzkie, Dziennika Goleniowskiego, 7 Dni Gryfina i Nowego Tygodnika Łobeskiego opisywaliśmy swego czasu przeżycia ofiar wywózek na Syberię. Obecnie zaś, obchodząc rocznicę Rzezi wołyńskiej, staramy się docierać do jej naocznych świadków. Wydarzenia te, ze względu na szczególny sadyzm oprawców, są nie tylko trudne do opowiedzenia, ale budzą również wstrząs u odbiorców. Niemniej warto o nich przypominać, jak powiedział pan Mieczysław Kuziora, bohater artykułu, ku przestrodze dla żyjących dziś i tych, którzy za jakiś czas przyjdą po nas. Żebyśmy wiedzieli, że doszło do tak straszliwej zbrodni nie tylko w wymiarze liczebnym, ale przede wszystkim w sposobie, w jakim została dokonana.
Piotr Słomski

